Strona główna

poniedziałek, 15 maja 2017

Zabawa w ... KOKTAJL Z LIDLEM ! :)


Czasami mam ochotę schować się, uciec przed tym wszystkim. Przed odpowiedzialnością, przed koniecznością, przed wszystkim i wszystkimi. Być sam na sam ze sobą. Nie myśleć, nie zastanawiać się, nie przeliczać, nie planować. Po prostu zniknąć na parę chwil. Zamknąć w bańce mydlanej i polecieć gdzieś wysoko. Czasami tylko, ale jednak. Czy kiedyś to nastąpi? Pewnie wszystko zależy ode mnie. Oderwać się, oczyścić umysł, być tu i teraz to zapewne umiejętność, którą koniecznie muszę posiąść. Kto chce dać mi lekcje ?


Czas na fakty, czyli jak wygląda backstage zabawy w gotowanie.

Tak mało czasu mamy razem. Nie lubię narzekać, ale to prawda. Czas na kilka faktów, których może nie znacie. Dzień z życia dwuosobowej firmy "Mobilne Warsztaty Kulinarne Zabawa w gotowanie.

Pobudka następuje o 6 rano, matka wstaje pakuje pojemnik warsztatowy (przez długi czas dzień w dzień obiecywałam sobie, że będę robiła to wieczorem. Było to wtedy gdy wstawałam o 7 i czas tak gonił, że poranna kłótnia była na porządku dziennym. Przestałam się oszukiwać i składać sobie fałszywe obietnice, zaczęłam wstawać godzinę wcześniej i to była zmiana na mega plus). Natępnie przygotowuje kawę i budzi męża. Dzieci budzą się same lub z naszą pomocą i muszą (koniecznie i bezwzględnie) mieć czas na zabawę! Śniadanie w przedszkolu/rodzice na wynos, w biegu lub bez śniadania. Warsztaty przy dobrym powiewie trwają do 11:30, pędzimy do domu, wrzucamy pojemniki. Zjadamy coś na szybko i mąż pędzi do pracy na 12:30. Ja zostaje i ... sprzątam. Po poranku, po poprzednim wieczorze, po warsztatach. Mycie naczyń domowych i warsztatowych zajmuje mi ok. 40 minut. Fartuszki. Wstawiam pranie potem wieszam. W międzyczasie ograniam salon i pokój dziewczyn. W razie konieczności odkurzam. Jeśli wystarcza mi czasu wstawiam obiad. Po dwóch godzinach biegania po domu żeby zdąrzyć ze wszystkim wychodzę po dziewczynki. Tułamy się do domu i docieramy na 15:00. Jak jest ciepło i po drodze zaliczamy place zabaw, to na 16:00. Jeśli nie zrobiłam obiadu muszę go robić natychmiast bo inaczej poumierają mi z głodu. Jemy. Potem bawimy się, spędzamy razem czas, czasami mnie wyganiają, ale jak to matka wiecznie znajdę coś do zrobienia. Mąż wraca z pracy o 19:45. Nie widząc się z dziewczynkami od 8 rano poświęca im 30-45 minut (lub tyle na ile matka pozwoli) na wspólną zabawę i wygłupy. Mycie, czytanie i spanie o 21. Wtedy jest czas na post, dodanie zdjęć warsztatowych, przygotowanie się na następny dzień. Bardzo często o 21 następuje wypompowanie powietrza i nie chce się nic, jedynie usiąść blisko, przytulić się, włączyć film albo położyć się spać. 

Backstage ostatnich dni.

Z racji, że jesteśmy właśnie w trakcie przeprowadzki, remontu, organizacji konkursu i wciąż warsztatów codziennie nasze dni są nieco bardziej intensywne. Często nie mam tego czasu pomiędzy 12 a 14, więc w domu jest wieczny burdel. Pomiędzy warsztatami a pracą staramy się cokolwiek załatwić, potem załatwiam sama lub wspólnie, ale wiecznie na telefonie. Głowa buzuje od natłoku zadań, pytań, rzeczy koniecznych od spraw remontowych (przez które mój mąż siwieje z dnia na dzień) przez sprawy związane z konkursem (przez które ja gasnę każdego dnia na nowo). Pół roku temu myślałam, że nasze życie pędzi jak szalone, ale ostatni miesiąc to jest chyba już totalny kołowrotek. Nie dodaję już zdjęć z warsztatów, sprzątam dom zamiast spędzać czas z dziećmi i zasypiam równocześnie z dziećmi zamiast spędzić choć chwilę z mężem. 

Jeden dzień na milion.

Ostatnio nieoczekiwanie nadszedł magiczny dzień. Nieplanowany, pełen spraw koniecznych, ale jednak powolny, spokojny, rodzinny. To z czego można było zrezygnować odłożyliśmy na bok, gdy w domu zaczęły się nudy, wyszliśmy. Nie spiesząc się nigdzie, bez większego celu, na pełnym luzie. Pojeździliśmy na fiszkach, zrobiliśmy nawet miłe zakupy, był czas na plac zabaw, na chwycenie się za rękę i nawet spacer w objęciach ukochanej osoby. To głupie, ale mimo,że był to piękny dzień, jednocześnie był dziwny. Tak przynajmniej o nim pomyślałam i to bolało. Tak prawdziwie zabolało mnie to, bo tak mało tych dni. W tym ciągłym zabieganiu zapominamy o tym co ważne, o sobie nawzajem. Idziemy wciąż obok lub co gorsza na przeciwko sobie, zamiast patrzeć w tym samym kierunku i iść tym samym tempem. W biegu jest czas na niedogadania, kłótnie o głupstwa, złośliwości i niecierpliwość. A czas ma miłość ucieka przez palce. Czasami dobrze dostać taki miły, a jednoczenie bolesny policzek, by przypomnieć sobie co jest naprawdę ważne.

Jak sprawić by więcej było takich dni?

Na to pytanie nie znam odpowiedzi. Szukam jej i chcę szukać razem. Chcę każdego ranka myśleć ciepło o tej śpiącej obok osobie, wstać i z przyjemnością obudzić ją pocałunkiem i aromatyczną kawą. Chcę całować się na każdym kroku, przytulać jak tylko będziemy blisko i chwycić dłoń choćby na kilka sekund. Nie zapominać o tych gestach, tych drobnych, okraszonych miłością, ciepłem, dobrem, szacunkiem. Nie patrzeć krytycznie na tą drugą osobę, lecz na siebie. Ponoć wszelkie zmiany należy zaczynać od siebie. Nie jest to łatwe, alę wierzę, że sama świadomość to już krok ku dobrym zmianom. Wierzę, że jeśli odzyskamy równowagę między sobą, te szalone dni będą zdecydowanie łatwiejsze do przeżycia, a nawet mogą okazać się przyjemne. 

***

W tym  wszystkim zaniedbałam Was całkowicie, mam nadzieję, że wybaczycie mi po raz kolejny, a ten pyszny koktajl będzie dla Was idealnym powrotem. Słońce wyszło, jest idealnie ciepło, w sam raz na koktajlowe szaleństwo!!! Przepis na koktajl prosto z rodzinnej książki Lidla, którą niedawno można było zdobyć :) 

Składniki:

1/2 mango
1/2 banana
1 szklanka świeżego soku pomarańczowego
2 łyżki płatków owsianych
3 łyżki jogurtu (typu grecki)
1 łyżeczka miodu

Przygotowanie:

Mango i banana obieramy. Wrzucamy do kielicha blendera razem z resztą składników. Miksujemy na gładką konsystencję. Pijemy na zdrowie! :)































Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza